|
|
TMZM Mielec:
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Działalność:
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Warto zobaczyć:
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Monitoring:
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
TMZM Mielec
Warto wiedzieć
W lesie w okolicy Dobrynina wydobyto szczątki rakiety V2
|
|
Wydobyto
jedną z największych tajemnic II wojny światowej
25.09.2015
25
września 2015 r. zapisze się w historii archeologii II wojny światowej złotymi
literami. Odkrycie to zapiera dech w piersiach pasjonatów i znawców historii. I
nie ma się co dziwić. Grupa pasjonatów historii, wydobyła w podmieleckim lesie
przednią część, rozbitej ponad 70 lat temu, niemieckiej rakiety V2. Jest to prawdopodobnie jedyna na świecie rakieta testowa
V2 zachowana w takim stanie.
Płk Aleksander Rusin przez 60 lat nie ujawniał tej tajemnicy, dopiero jego syn
Roman zdradził, gdzie można znaleźć szczątki jednej z największych tajemnic II
wojny światowej, szczątki rakiety V2.
Przez dwa tygodnie zdołali operację utrzymać w ścisłej tajemnicy, choć łatwe to
nie było. Dlatego że w operacji uczestniczyli wyłącznie „wtajemniczeni”, którzy
zobowiązali się do milczenia.

- Nie chcieliśmy powtórki „złotego pociągu” spod
Wałbrzycha - tłumaczy Mariusz Mazur z sekcji historycznej mieleckiego aeroklubu.
W głębi lasu pod Dobryninem wydobywają z ziemi coś, co może nie ma medialnej
nośności „złotego pociągu”, ale dla pasjonatów militariów jest Świętym Graalem.
Na wieść o tym czymś do tego lasu zaczęliby ściągać ludzie z całej Polski i
połowy Europy.
Bo niewykluczone, że to najważniejszy fragment wyjątkowego egzemplarza
wunderwaffe, cudownej broni Hitlera, która miała zmieść z powierzchni ziemi
Londyn, Paryż i Moskwę. Ten ostateczny egzemplarz, który miał być wprowadzony do
masowej produkcji i odwrócić losy wojny. A takiego egzemplarza nie ma na świecie
nikt, bo nigdy takiego nie odnaleziono. Wiadomo tylko, że istniał. Ściśle tajne
Kiedy Niemcy ze zbombardowanego przez Brytyjczyków Peenemünde do poddębickiej
Blizny przenieśli prace badawcze nad bronią V1 i V2, płk Aleksander Rusin dostał
z dowództwa Armii Krajowej nowy rozkaz: zaprzestać działalności dywersyjnej,
skoncentrować się na wywiadowczej. Powierzono mu rozpracowanie miejsca produkcji
broni, która miała dać Hitlerowi dominację nad światem. Płk „Rusal” ze swoim
oddziałem, by uzyskać informacje, dokonywał rzeczy wręcz niemożliwych. Z
supertajnego poligonu w Bliźnie wystrzeliwano testowo nowe rakiety, te padały
kilometry dalej. A płk „Rusal” łowił każdą informację o miejscu upadku. I
rozpoczynała się gra na czas, która znaczyła czasem grę o życie. Bo Niemcy
reagowali błyskawicznie: jechać, znaleźć, zebrać szczątki, zastrzelić po drodze
każdego, kto mógł być świadkiem upadku rakiety, byle informacja o wunderwaffe
nie przedostała się na zewnątrz. AK musiała reagować szybciej: jechać, znaleźć,
zebrać, ile się da, nim pojawią się Niemcy, potem nad znaleziskiem pracowali
„podziemni” inżynierowie i wywiad. Jedna z takich rakiet spadła po Dobryninem,
kolos na 13 metrów długi rozpadł się na dwie części i zarył głęboko w torfowisku
leśnym. - Ojciec z podwładnymi byli przed Niemcami, gałęziami zamaskowali
miejsce upadku tak skutecznie, że Niemcy nigdy części nie odnaleźli - opowiada
pan Roman. Cudowną bronią Hitlera interesowali się Amerykanie, Brytyjczycy,
Sowieci też. I to jeszcze nim skończyła się wojna.

- Ojciec opowiadał, że jeszcze w 1944 roku odnalazła go komisja Amerykanów,
Brytyjczyków i Francuzów, którym towarzyszyli Sowieci - zdradza syn „Rusala”. -
Z pomocą ojca odnaleźli miejsce upadku tylnej części V2, zapakowali na
ciężarówkę tyle, ile zdołali wydrzeć ziemi.
Nie powiedział im, gdzie leży przednia część „fałki”, ta zdecydowanie
ważniejsza, bo będąca cudem ówczesnej techniki. Dlaczego „Rusal” ani wówczas,
ani przez następne 60 lat nie ujawnił tajemnicy?
- Nie ufał, lata wojny i wiele powojennych nauczyło
go, że im więcej się wie, tym krócej się żyje. Roman Rusin wspomina, jak ojciec
w ścisłej dyskrecji prowadzał go na „to miejsce”, uczył je zapamiętywać. Obaj
czekali na chwilę, kiedy można będzie wyjawić tajemnicę. W 2007 roku do „Rusala”
dotarł reporter telewizyjny, chciał kręcić film o Bliźnie i pułkowniku. Płk
Rusin uznał, że już można mówić i powiedział o V2 w leśnym torfowisku, ale wciąż
jeszcze nie zdecydował się na ujawnienie miejsca. Teraz ujawnił je syn zmarłego
już pułkownika.
Wykopujemy historię
Mariusz Mazur prowadzi błotnistym traktem leśnym. Jeśli ktoś nie wie, gdzie
szukać, może trafić tylko przypadkiem. W gęstym młodniku jama w ziemi pięć na
dziesięć metrów, po czubek wypełniona podskórną wodą.
- I na szczęście - mówi Mazur, choć chwilę wcześniej przyznawał, że wciąż
napływająca woda to koszmar dla poszukiwaczy. - W takich warunkach nikt
nieprzygotowany nie będzie w stanie niczego wydobyć. A domorosłych poszukiwaczy
skarbów obawiał się mocno, toteż ścisła konspiracja towarzyszyła akcji
pozyskiwania współpracowników. Członkowie Podkarpackiego Stowarzyszenia
Poszukiwaczy „Ocalić od Zapomnienia” podjęli temat bez wahania, Stowarzyszenie
Ziemi Bliźnieńskiej przystąpiło do akcji natychmiast, archeolodzy z Wrocławia -
też. Trochę trwało uzyskanie stosownych pozwoleń na poszukiwania, dokumentacja
miejsca, pomiary, w końcu z 60 osób poczęło w błotnistej ziemi dłubać łopatami.
Można było zaangażować cięższy sprzęt, ale to zwróciłoby uwagę okolicznych
mieszkańców i szlag by trafił konspirację. Kiedy zaczęli wyciągać pierwsze zwoje
kabli elektrycznych, była już pewność, że szykuje się odkrycie. Kiedy wyciągnęli
elementy żyrokompasu, to już była niemal euforia, bo to będzie nie byle
odkrycie, a prawdopodobnie V2 A4, czyli wersja rakiety do produkcji masowej. Nie
eksperymentalna, a właśnie ta, która miała zalać stolice wroga ogniem i
śmiercią. Skąd te nadzieje? Mazur mówi, że na jednej z wydobytych już części
wybity był numer rakiety, a bardzo rzadko zdarzało się, by rakiety
eksperymentalne były numerowane. Kłopot w tym, że tymczasem płomień entuzjazmu
odkrywców stale jest zalewany spływającą do wykopaliska wodą. Nawet strażackie
pompy nie były w stanie sobie poradzić. - Godzinami i na zmianę po sześć osób
darliśmy błoto - a to łopatami, a to rękami - przyznaje Mazur.
- Wodę i szlam wybieraliśmy jeszcze wiadrami. O żyrokompasie on nie wspomina,
panu Romanowi się wyrwało, bo nie wytrzymał. Bo też wie, jakie znalezisko wróży
ten detal techniczny. I - jak anegdotę opowiada - że jeden z poszukiwaczy
znalazł nawet stalowy bosak, który przed wielu laty utknął w ziemi, kiedy
jeszcze z ojcem próbowali wyciągnąć części cudownej broni Hitlera. Wyciągnęli
wtedy trochę kabli, butlę na ciekły azot (dziś jest w Parku Historycznym w
Bliźnie). Niewiele więcej, bo - jak się dziś okazuje - całość znaleziska może
ważyć 2-3 z 12 ton, jakie ważyła rakieta. Ten kawałek, to „ledwie” trzecia,
czwarta część długiej na 14 metrów broni. Za to ta najważniejsza część:
urządzenia sterujące, radiowy odbiornik do urządzeń sterujących, system
naprowadzania - rewolucyjny technicznie jak na tamten czas. I wszystko to czeka,
aż poszukiwacze zdejmą kilkumetrowy płaszcz ziemi.
ZOBACZ filmy:
www.facebook.com/janusz.kipa/videos/1136131843066836/
www.facebook.com/janusz.kipa/videos/1136098839736803/
Koniec konspiracji
Łopaty i ręce nie wystarczą, w piątek w las pod Dobryninem wjechał ciężki
sprzęt, by wytargać z ziemi kilka ton żelastwa. Kierujący pracami
archeologicznymi Dominik Kurek czuwał nad tym, żeby przy tej okazji żelastwu nie
stała się żadna krzywda. Mariusz Mazur mówi, że wtedy stanie przy wykopie z
pełną dokumentacją V2, dzięki której będzie „czytał” każdą wydobywaną część
rakiety. A kiedy się już uda, całość stanie w Parku Historycznym w Bliźnie. -
Takie decyzje zapadły między nami, nim jeszcze przystąpiliśmy do poszukiwań -
tłumaczy.
- To z miejsca ucina spory, kto ma być „właścicielem” znaleziska i gdzie ma się
ono ostatecznie znaleźć. Bo między poszukiwaczami skarbów często dochodzi do
sporów, co jest czyje i kto jest ojcem sukcesu. Zresztą tylko pod takim
warunkiem pan Roman zgodził się zlokalizować nam miejsce poszukiwań: że rakieta
ma trafić do Blizny. A w lasach pobliskiej Blizny wciąż jeszcze wystają z ziemi
elementy ściśle tajnego niegdyś, otoczonego podwójną ochroną SS, poligonu
doświadczalnego. Jest jeszcze betonowy schron, z którego nazistowscy naukowcy
obserwowali start rakiet, jest betonowa podstawa, na której umocowana była
wyrzutnia. Niektórzy mówią, że w tej ziemi wciąż jeszcze spoczywają szczątki
setek więźniów i jeńców, których rękami hitlerowcy budowali poligon. A którzy po
wykonaniu roboty zostali przez nich zamordowani. To też miał być element
strategii utrzymania tajemnicy. Mariusz Mazur nie ich będzie poszukiwał. Jeszcze
nie wydobył z leśnej ziemi wyjątkowego egzemplarza V2, a już myślami błądzi
wokół sygnałów o innych znaleziskach. O dwóch junkersach i amerykańskiej
produkcji bombowcu B-25, który latał pod czerwoną gwiazdą Armii Czerwonej.
Sygnały o tym, w którym miejscu leżą, już ma. Niespecjalnie daleko od Mielca,
ale nie powie gdzie. Bo nie chce mieć szaleństwa „złotego pociągu”, domorosłych
poszukiwaczy skarbów. Pod Dobryninem niewiele brakowało, by las został przez
nich zadeptany. Od kiedy sprawa tutejszego V2 wyszła na jaw, jego telefon niemal
nie milknie.W poszukiwania zaangażowały się: Park Historyczny w Bliźnie,
Podkarpackie Stowarzyszenie „Ocalić od zapomnienia”, Stowarzyszenie Miłośników
Ziemi Bliźnienskiej, Aeroklub Mielecki - sekcja historyczna oraz OSP Dymitrów
Mały i OSP Biały Bór, jako jednostki wspierające.
źródło:
www.nowiny24.pl ,
www.e-mielec24.pl
|
|
|